LLUÍS LLACH W POZNANIU
Relacja z koncertu.
To jest cud! Wiele rzeczy widziałem w tym roku i wielu mógłbym się jeszcze spodziewać. Nigdy nie powiedziałbym jednak, że będzie mi dane uczestniczyć w takim koncercie. Występ Lluisa Llacha, jednego z czołowych twórców ruchu znanego w Katalonii jako Nova Cançó, w Poznaniu to wydarzenie niebywałe. Tym bardziej, jeśli wstęp na niego jest wolny...
...dla wybrańców. Przed sceną wyrosło paręnaście rzędów krzeseł, oddzielonych od świata metalowymi barierkami, przy których powoli zbierali się ludzie. Pół godziny przed koncertem krzesła pozostawały puste, tłum rósł. Kiedy wreszcie zapełniły się pierwsze rzędy, pozwolono zająć resztę krzeseł osobom starszym i matkom z dziećmi.
Przy pewnej okazji Jarosław Gugała powiedział, że mur w tłumaczeniu jego i Pana Marrodana jest symbolem murów między ludźmi. Ciekawe, czy w kontekście wczorajszej imprezy miałby też na myśli metalowe barierki dzielące publiczność. Wstęp wolny...
[Jestem rozgoryczony faktem, iż nie mogłem podejść bliżej, stąd taki ton. Mimo wszystko, będąc dalej od "loży" czułem się bliższy muzyce.]
Jako pierwszy wystąpił Grzegorz Tomczak, znany dobrze poznańskiej publiczności (nie jestem z Poznania, więc mnie znany trochę gorzej). Zaśpiewał między innymi swoją "Piosenkę o czekaniu" oraz "Naszą klasę" Jacka Kaczmarskiego. To wystarczyło aby zmiękczyć nieco serca publiczności.
Na tak przygotowany grunt nie mogło być lepszego ziarna, niż to rzucone przez Trio Łódzko-Chojnickie. Grupa ta, w składzie Paweł Konopacki (gitara, śpiew), Witold Łuczyński (gitara, śpiew) i Tomasz Susmęd (fortepian), gra głównie piosenki Kaczmarskiego; toteż swój występ w Poznaniu muzycy rozpoczęli od piosenek inspirowanych historią Polski; usłyszeliśmy więc, między innymi, "Krajobrazu po uczcie" i "Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego". Swój doskonały występ zakończyli oczywiście "Murami", których publiczność wysłuchała na stojąco.
Następnie obejrzeliśmy fragmenty archiwalnego występu Zespołu Reprezentacyjnego. Zespół, założony przez wspomnianego Jarosława Gugałę i Filipa Łobodzińskiego - ówczesnych studentów iberystyki Uniwersytetu Warszawskiego - działał w latach 1983-1990 prezentując piosenki Lluisa Llacha właśnie. To za ich pośrednictwem powstała polska wersja "L'estaca" - napisane przez Jacka Kaczmarskiego "Mury".
W końcu pojawił się Lluís Llach z towarzyszącym Jarosławem Gugałą, tym razem w roli tłumacza. Szkoda tylko, że tłumaczył z hiszpańskiego, ponieważ część przesłania płynącego ze słów 'katalońskiego barda' wydawała się znikać między wierszami. Jeśli poezja jest tym, co ginie w tłumaczeniu - zginęła poezja.
Piosenki, które usłyszeliśmy tego wieczoru można uznać za przekrój twórczości Llacha. Znanego przede wszystkim jako autora piosenki zaangażowanej podczas dyktatury Franco, publiczność miała okazję poznać jako poetę. Poetę, którego centrum zainteresowania stanowił zawsze człowiek. Słowa między piosenkami były zbyteczne, jednak by pomóc publiczności - nie rozumiejącej po katalońsku - w ujrzeniu całego obrazu, jaki malował przed nami autor, opowiadał krótko o tym, co jest dla niego najważniejsze. Mówił o pamięci, której nie wolno zaniedbać, by uchronić się w przyszłości przed popełnionymi wcześniej błędami; tak w wymiarze człowieka jako jednostki, jak narodów. Mówił o Morzu Śródziemnym, będącym nie tylko kolebką sztuki i cywilizacji, ale też miejscem wielu okrucieństw; zwrócił uwagę na fakt, iż jest teraz ono granicą między pierwszym a trzecim światem. Mówił o swojej matce, dla której napisał piosenkę "Un núvol blanc". O walce i podróży, które są sensem życia, a propos "Ítaca". Mówił o kwiatach jako tym, co autor chce ofiarować swoim słuchaczom; i tym, co zwycięża dyktatury, przy okazji "Abril 74", mówiącej o portugalskiej Rewolucji Goździków. Tym samym nie mogło zabraknąć wątków politycznych. Fakt nazywania katalończyków w Hiszpanii "polacos", podsumował żartem, iż faszyzm - jako narzucanie swojej woli innym - jest kiepski językowo. Cały występ zaś zwieńczyło wykonanie "L'estaca", które podniosło publiczność z krzeseł. Wykonanie, które, jak sam powiedział, zrodziło się po przemyśleniu pewnych faktów. Przyznał też, iż nie czuje się on już jej autorem...
Po bisie, przyszła pora na wywiady. Lluís Llach, zmęczony acz skłonny do żartów, przyjął nas - grupę studentów i wykładowców hispanistyki (w większości związanych z językiem katalońskim) - zamienił parę słów i rozdał autografy.
Koncert Llacha w Poznaniu był nieprawdopodobnym przeżyciem, spotęgowanym świetną formą pieśniarza i faktem, iż przeżycie takie raczej się nie powtórzy. W przeciągu najbliższych miesięcy chce on zakończyć swoją muzyczną podróż. Spytany po koncercie, dlaczego, odpowiedział mi: "Bo chcę dobrze zakończyć. Czterdzieści lat grania jest jak piosenka... Jeśli zakończenie jest kiepskie - cała piosenka też taka jest."
Teraz czas na refleksje. Lluisowi Llachowi mogę jedynie podziękować i powiedzieć: "Que tinguem sort!"
------
Poznań, 4 lipca 2006